Koszyk
Bo każda miłość zasługuje na drugą szansę – historie adopcyjne ludzi z zespołu Vis Plantis

4 kwietnia to Światowy Dzień Bezdomnych Zwierząt – dzień, który nie powinien być tylko przypomnieniem o skali problemu, ale także świętem nadziei. Bo każda adopcja, każda decyzja, by otworzyć serce i dom dla zwierzaka po przejściach, to krok w stronę lepszego świata – dla nich i dla nas. W Vis Plantis wiemy to doskonale, bo wielu z nas nie tylko zawodowo działa na rzecz zwierząt, ale też prywatnie daje im dom, bezpieczeństwo i drugą szansę.
Dziś chcemy podzielić się naszymi historiami. Są różne – czasem śmieszne, czasem trudne, ale wszystkie prawdziwe. I wszystkie mają wspólny mianownik: miłość.
Dorota i Jarek:
Zara trafiła do naszego życia 26 maja 2012 roku, w Dzień Matki. I jak się potem okazało – została z nami na dobre, trochę jak córka, trochę jak nauczycielka, a trochę jak najbardziej oddany współpracownik. Miała około półtora roku i… tyle o niej wiedzieliśmy. Po prostu ktoś się jej pozbył. Trafiła do zwykłego schroniska, gdzie przeszła nieudaną sterylizację – jej skutki ciągną się za nami do dziś. Ale wtedy pojawił się Dawid Kieszkowski z Fundacji Medor – zobaczył ją i nie mógł przejść obojętnie. Wydostał ją stamtąd pod pierwszym lepszym pretekstem, po prostu wiedział. I miał rację.
Zara od początku była inna. Spokojna, obserwująca, mądra. Amstaff, który łamie wszystkie stereotypy o tej rasie. Pies, który niczego nie narzuca, ale wszystko rozumie. Szybko stała się częścią naszego życia – nie jako ozdoba, nie jako „przygarnięty piesek”, tylko jako ktoś. Ktoś ważny. Z czasem dołączyła do naszego codziennego świata – także zawodowego.
Od lat jest z nami w Vis Plantis i nie przesadzimy ani trochę, mówiąc, że to jeden z najbardziej lojalnych i zaangażowanych członków zespołu. Dziś, mając już 14 lat, jest też ambasadorką WOW!PETS – z dumą i spokojem, który od niej bije nawet na zdjęciach. Zara nie potrzebuje wielkich słów. Wystarczy jedno spojrzenie – i już wiesz, że jesteś jej całym światem. A ona – Twoim.
Magda i Tomek:
Najczęściej słyszymy o adopcjach psów i kotów, a przecież są jeszcze i inne domowe zwierzątka. W naszym domu swój azyl znajdują niechciane świnki morskie, które adoptujemy za pośrednictwem towarzystw czy stowarzyszeń ich miłośników. Obecnie mieszka z nami Jadwiga, po którą jechaliśmy specjalnie aż pod Gdańsk. Nazywamy ją „babą z lasu", ponieważ dokładnie tam została znaleziona ze swoim stadem, gdzie ktoś po prostu wyrzucił niepotrzebne już zwierzątka. Trzeba przyznać, że miała sporo szczęścia.
Równie dużo miała też Tośka, nasza najnowsza i najmłodsza lokatorka – znaleziona w kartonowym pudle na klatce schodowej jednego z krakowskich bloków. Niedawno nasze małe stado opuścił senior Gustaw, który przyjechał do nas ze swoim prywatnym kierowcą prosto spod Poznania. Jego odejście było niezwykle bolesne, ale szybko znalazła się kolejna świnka w potrzebie, która zastąpi go jako męski pierwiastek naszego stada.
Trzeba pamiętać, że świnki morskie to zwierzątka towarzyskie, które nie powinny być chowane w samotności – minimum muszą być dwie, ale wiadomo, że im więcej, tym weselej. I głośniej.
Edyta:
Xenia nie przyszła do mojego życia cicho. Przyszła jak burza, której tak bardzo się boi – duża, czarno-biała, z charakterem jak góry Islandii: pięknym, ale wymagającym. Silna, po przejściach, choć z ogromnym sercem i umysłem stratega. W krakowskim schronisku, do którego trafiła, ponieważ ktoś znalazł ją przywiązaną do znaku drogowego, pisali o niej: „przyjazna”. Nie można się z tym nie zgodzić, tyle że na zaufanie Xenii trzeba sobie zapracować. Każdy spacer to był teatr emocji, każde nowe spotkanie – casting do roli człowieka godnego jej łaski. Reagowała lękiem, który bywał głośny, trudny, niezrozumiały dla świata. A ja... uczyłam się czytać jej język, rozpoznawać znaki – chciałam ją zrozumieć.
Adoptowałam ją dokładnie 12 kwietnia 2020 roku, w niedzielę Wielkanocną, w środku pandemii – to był dziwny czas, świat się zatrzymał, wszyscy pracowaliśmy z domu, a ja wiedziałam, że to jest ten moment, żeby spełnić marzenie, które odkładałam latami – mieć psa. Adopcja wyglądała wtedy zupełnie inaczej: przeglądanie psów online, spotkanie na spacerze w maseczce i rękawiczkach, zero przypadkowych decyzji. I może dobrze – bo Xenia nie była przypadkiem.
Życie z nią to trochę jak mieszkanie z artystką – czasem kapryśną, często wymagającą, ale kiedy już cię pokocha, to jesteś w centrum jej wszechświata. I tak – ma też swoje małe grzeszki. Kiedyś zostawiłam na kuchence garnek z rosołem. Myślałam, że wystarczy przykrywka. Ha! Xenia zostawiła mi tę przykrywkę, jakby chciała powiedzieć: „było pyszne, dzięki!”. To przy niej nauczyłam się cierpliwości. Z nią nic nie przychodziło „od razu”, ale kiedy się pojawiało – jak miłość, zaufanie, spokój – było na wagę złota.
Xenia jest nie tylko piękna i dostojna, ale też terytorialna. Ogródek to jej królestwo – patroluje go z zaangażowaniem. Kocha wodę, jedzenie i życie w stylu „slow dog” – najlepiej pod słońcem, na trawie, z pyskiem w misce.
Dzięki niej wpadłam po uszy w świat zwierząt, który dziś jest moją codziennością – i stworzyłam markę WOW!PETS. Dzisiaj wiem, że Xenia nie była psem do uratowania. To ja musiałam się nauczyć, jak być człowiekiem wartym jej zaufania. I kiedy już mnie wybrała – wiedziałam, że to ona uratowała mnie.
Ola:
Xavia to burmska dama o wielkim, futrzanym serduchu. Została adoptowana z hodowli – miała robić karierę wystawową, ale życie wśród kotów-showmanów zupełnie nie było dla niej. Stres, rywalizacja i flesze? Grzecznie podziękowała. Ona wolała kocyk, bliskość człowieka i promienie słońca wpadające przez okno. Dziś odnalazła swoje miejsce – spokojna, rozmruczana, zawsze gdzieś obok. Lubi być tam, gdzie coś się dzieje – chętnie się bawi, chodzi za domownikami krok w krok, a czasem nawet… aportuje. Ma w sobie coś wyjątkowego – mnóstwo wrażliwości, radość z bycia towarzyszką prac wszelakich i ten subtelny pazur, który co jakiś czas przypomina, że jednak jest kotem.
Paulina:
Decyzja o adopcji drugiego psa zapadła na początku grudnia 2022. Zaczęłam przeglądać ogłoszenia i natrafiłam wtedy na zdjęcie małego, czarnego „pluszaczka” z fundacji Dar Serca. To był on. Okazało się, że ma siedmioro rodzeństwa, wszystkie nazwane… po diabłach (nasz Udon nosił imię Beluś – od Belzebuba!). Od razu wysłałam zgłoszenie. Po 40 pytaniach z ankiety i pozytywnej weryfikacji, pojechaliśmy pod Kraków na spotkanie. Zima, ciemno, a na miejscu – 24 psy, 8 szczeniąt i miesięczny bobas! A wśród nich on – najmniejszy z całej gromadki, ale z charakterem. Gdy tylko się wtulił, to od razu wiedziałam: to nasz pies.
Tydzień później Udon trafił do naszego domu. Miał dwa miesiące, ważył niecałe dwa kilo i… okropnie śmierdział. Przez miesiąc kąpaliśmy go cztery razy. Nasza pierwsza sunia, Sushi, była w lekkim szoku, ale szybko stworzyli duet idealny – dziś są nierozłączni. Udon przespał pierwszą noc jak anioł, od początku czuł się bezpieczny. Mieliśmy swoje wyzwania – giardiozę, problemy z załatwianiem się – ale z czasem wszystko się ułożyło. Udon nie tylko stał się ważną częścią naszej rodziny, ale pomógł też Sushi pokonać jej lęk separacyjny. Decyzja o jego adopcji była jedną z najlepszych w naszym życiu. Dzięki niemu nasze dni są pełne radości, miłości i futrzanych przygód – a życie z psami? Po prostu nie wyobrażamy sobie już innego.
Natalia:
Baster nie przyszedł do nas z kokardką i metką „pies idealny”. Przyszedł z historią, z której pierwszych osiem miesięcy życia nikt nie zna – i szczerze mówiąc, może to i lepiej. Został znaleziony gdzieś na wsi pod Elblągiem, błąkający się między gospodarstwami, zakleszczony, zaniedbany, z babeszjozą i pewnie garścią trudnych doświadczeń. Trafił na człowieka, który go przygarnął, ale jego wizja „opieki” kończyła się na zardzewiałym kojcu. Stowarzyszenie, z którego ostatecznie go adoptowaliśmy, zareagowało błyskawicznie. Jak tylko zobaczono warunki, w jakich ma żyć, nie było dyskusji – trzeba było działać. Wysłano kobietę, która podała się za właścicielkę i po prostu go stamtąd zabrała.
Po leczeniu, badaniach i ogromnym wsparciu wolontariuszek Baster zaczął dochodzić do siebie. A niedługo potem – znaleźliśmy jego ogłoszenie. I już parę dni później jechaliśmy po niego do Elbląga. Od tego momentu minął ponad rok. Dziś wiemy, że oprócz babeszjozy nosił w sobie także śrut w łapie i wspomnienie wybitego biodra – ktoś kiedyś bardzo się postarał, żeby nie było mu łatwo. Nadal bywa lękliwy, wciąż reaguje na świat inaczej niż byśmy chcieli, ale z każdym miesiącem robi kolejny krok do przodu. A my razem z nim.
Baster nie jest psem z bajki. Jest psem z prawdziwej historii – z bliznami, ale też z ogromem siły i serca. I choć bywają dni, w których mówimy sobie „z trudem ciągniemy ten wózek”, to nikt z nas nie chciałby go już nigdy puścić.
Każda z tych historii pokazuje coś innego, ale wszystkie łączy jedno – odpowiedzialność, empatia i gotowość do zaangażowania się na 100%. Adopcja to nie chwilowy impuls. To decyzja na lata. Czasem trudna, ale zawsze piękna.
Dziękujemy wszystkim, którzy dają zwierzętom drugą szansę. A jeśli jeszcze się wahasz – pamiętaj, że najpiękniejsze historie zaczynają się często od jednego spojrzenia.